Miałam niedawno sen o mostach a właściwie to sen o rozmowie samej ze sobą o mostach. O tym, że mosty można budować, podziwiać, przekraczać, naprawiać, burzyć, palić, można po moście przejść lub można się pod nim schronić.
I pomyślałam dziś rano o mostach w kontekście rodziny. O tym, że mosty łączą nas z korzeniami.
Nieważne, jak daleko się wyjedzie, by uciec to korzenie i tak przypominają o sobie.
Czasem w ciszy, czasem w tęsknocie, a czasem w nagłym geście, gdy ktoś wyciąga rękę i mówi: „spotkajmy się”.
Myślę o tym, że ród potrafi być ciężki i wymagający jak ziemia, ale też dający oparcie i siłę.
Mosty, które do niego prowadzą, nie zawsze są mocne, czasem są porośnięte chwastami, a czasem ukryte w niepamięci.
A jednak, gdy decydujemy się po nich przejść, możemy odnaleźć coś, co nas karmi i przypomina, skąd przyszliśmy.
Bo relacje rodzinne są ważne, ale nieobowiązkowe. Bo prawdziwe więzi nie rodzą się z powinności, lecz z gotowości spotkania.
I choć nie każdy most warto naprawiać to ten, który prowadzi przez serce, zawsze czeka.
Dziś wiem, że ród to nie tylko ciężar. To także źródło siły, wsparcia , pamięci i historii, które płyną we mnie. Płyną we mnie czy tego chcę, czy nie.
I choć nie wszystkie mosty da się odbudować to w sercu czuję wdzięczność za to, co otrzymałam. Za życie. Za fundament. Za to, że dzięki nim mogę iść własną drogą.
A jak jest u Ciebie ?
Podoba Ci się moja twórczość?
ZOSTAŃ PATRONEM