Obudziłam się wczoraj (w sobotę) bez budzika.
Po tygodniu wstawania na komendę dzwonka to takie przebudzenie brzmi jak luksus w czystej postaci.
Zielony koktajl na śniadanie i już wiem, że to będzie dobry dzień.
Mówię domownikom, że idę chillować na bazarku. Biorę wiklinowy koszyk, w głowie mam listę zakupów i ruszam.
Chillout na bazarku.
Tak, tak … naprawdę to lubię i wcale nie waham się z tego korzystać.
Nie market, nie przypadkowy sklepik, ale porządny bazarek.
Taki, o którym mówi się, że kupisz tam mydło i powidło.
Trochę to zakupy, a trochę szwendanie się bez celu.
Ma to swój urok.
Mam tu swoich ulubionych dostawców, wiem, gdzie są najlepsze ryby, jajka, sery, przyprawy i pieczywo.
Kto chce, kupi też ubrania, buty, książki, drobną elektronikę, nasiona, kwiaty czy karmę dla zwierząt.
Można spotkać kogoś znajomego z okolicy.
Zatrzymać się. Pogadać.
A wszystko pieszo więc i eko.
Bazarek działa od poniedziałku do soboty.
I to wszystko w środku dużego, europejskiego miasta.
Przypomniało mi się, że gdy mieszkałam w Belgii, też chodziłam na bazarek w Brukseli.
Był trzy razy w tygodniu i serwowano tam najpyszniejsze pieczone kurczaki, jakie kiedykolwiek jadłam.
Było wszystko: od serów, przez ryby i kwiaty, po gofry i kurczaki.
Też chodziłam pieszo.
Też spotykałam znajomych.
To jest tak bardzo poza światem online.
Mniej nowoczesne. Ale czy gorsze?
Myślę, że nie ma sensu porównywać w kategoriach lepsze -gorsze.
Każdy świat jest inny. I dobrze, że jest różnorodność.
Wszechświat ma miejsce na wszystko.
A Ciebie też cieszą takie codzienne sprawy? Co najbardziej daje Ci poczucie małego, zwyczajnego luksusu?
Podoba Ci się moja twórczość?
ZOSTAŃ PATRONEM