Dziś rano alarm w telefonie przypomniał mi, że za pół godziny mam lekcję angielskiego. Środa przyszła zbyt szybko i przez chwilę byłam przekonana, że to jakaś pomyłka. Jak to środa? Przecież dopiero był początek tygodnia.
Widocznie kartki w kalendarzu pogubiły się po drodze.
Później, w rozmowie z przyjaciółką, odkryłyśmy, że przełom miesiąca również wydarzył się jakby mimochodem i z kwietnia zrobił się lipiec. Ktoś jakby przewrócił kilka stron naraz.
I wtedy wróciło do mnie wspomnienie.
Stary kirkut. Drzewa. Macewy.
Stałam oparta o pień drzewa. Zamknęłam oczy i słuchałam ptaków. Ich śpiew brzmiał wtedy jak opowieść. Jakby powtarzały jedno zdanie:
Żyli. Kochali. Byli.
Od tamtej chwili często wracam do pytania, czym właściwie jest czas.
Może czas nie biegnie po prostej, tylko płynie, przelewa się i wygina jak zegary Salvadora Dali. A może istnieje tylko w naszych kalendarzach, podczas gdy wszystko, co naprawdę ważne, trwa poza nim?
Może ci, którzy żyli, kochali i byli, wcale nie zniknęli. Może po prostu przeszli do jakiejś równoległej rzeczywistości, której jeszcze nie potrafimy zobaczyć.
A my, zajęci kolejnymi środami i kolejnymi alarmami w telefonie, tylko na chwilę zatrzymujemy się, by usłyszeć ich ciche przypomnienie w śpiewie ptaków.
I wtedy czas na moment przestaje się spieszyć.
Podoba Ci się moja twórczość?
ZOSTAŃ PATRONEM