Ławeczka

Dziś rano słuchałam opowieści kobiety, która przeprowadziła się z Kalifornii do Włoch.Mówiła o tym, jak bardzo zmieniło się jej podejście do dobrostanu.W USA wellness i wellbeing stały się całym przemysłem. Żelki antystresowe, kamizelka obciążeniowa (nie wiem co to jest ale tak mówiła: weighted vest), specjalistyczne masaże, coraz lepsze siłownie… I tylko w kalendarzu coraz mniej miejsca na samo życie.We Włoszech wszystko okazało się zaskakująco proste.Proste jedzenie, dużo chodzenia, rozmowy z ludźmi, słońce i morze.I jeszcze coś.Przestała się dziwić, że w środku dnia wszystko jest zamknięte na kilka godzin. Nikt nie robi afery, że właśnie teraz nie może czegoś kupić. Kupi później.Oraz odkryła dolce far niente czyli słodycz nicnierobienia. Mówiła o tym jak bardzo lubi tak po prostu patrzeć i obserwować ludzi. I wtedy przypomniały mi się obrazki z dzieciństwa.Ławeczki przed domami a na nich ludzie siedzący obok siebie i rozmawiający…

0 Komentarzy

Czas

Dziś rano alarm w telefonie przypomniał mi, że za pół godziny mam lekcję angielskiego. Środa przyszła zbyt szybko i przez chwilę byłam przekonana, że to jakaś pomyłka. Jak to środa? Przecież dopiero był początek tygodnia.Widocznie kartki w kalendarzu pogubiły się po drodze.Później, w rozmowie z przyjaciółką, odkryłyśmy, że przełom miesiąca również wydarzył się jakby mimochodem i z kwietnia zrobił się lipiec. Ktoś jakby przewrócił kilka stron naraz.I wtedy wróciło do mnie wspomnienie.Stary kirkut. Drzewa. Macewy. Stałam oparta o pień drzewa. Zamknęłam oczy i słuchałam ptaków. Ich śpiew brzmiał wtedy jak opowieść. Jakby powtarzały jedno zdanie:Żyli. Kochali. Byli.Od tamtej chwili często wracam do pytania, czym właściwie jest czas.Może czas nie biegnie po prostej, tylko płynie, przelewa się i wygina jak zegary Salvadora Dali. A może istnieje tylko w naszych kalendarzach, podczas gdy wszystko, co naprawdę ważne, trwa poza nim?Może ci, którzy…

0 Komentarzy

Filmy

Uwielbiam moje coffee mornings czyli poranne lekcje angielskiego z Marią i Izą. Wczoraj poleciałyśmy w rozmowie daleko. Rozmawiałyśmy o długich lotach, zmianach stref czasowych i o tym, jak jet lag potrafi pomieszać dzień z nocą. Przy okazji odkryłam, że mam własną miarę długości lotu. I nie są to ani kilometry ani godziny. Są to filmy. Krótkie loty zwykle nie mają nawet telewizorków a jeśli jest ekran to czasu wystarczy na jeden film. Średnie loty to dwa obejrzane filmy. Długie loty to trzy filmy. A mój najdłuższy lot? To był lot z przesiadką. Dwa filmy, potem trzy filmy. i jeszcze drzemka gdzieś pomiędzy. Lubię takie odkrycia. Każdy z nas mierzy świat po swojemu. W kilometrach, w godzinach, podróżach, w historiach obejrzanych wysoko ponad chmurami, w ciekawych spotkaniach lub w uśmiechach.

0 Komentarzy

Kintsugi

Są takie słowa, które wracają do nas z różnych stron świata jakby chciały, żebyśmy w końcu usłyszeli je naprawdę.Ostatnio powraca do mnie kintsugi. Stara japońska sztuka naprawiania potłuczonych naczyń.Kin oznacza złoto.Tsugi to połączenie.Nie ukrywa się w niej pęknięć ani nie udaje, że nic się nie stało.To właśnie miejsca zranione zostają otulone złotem.Pomyślałam, że my też jesteśmy jak te naczynia.Nosimy ślady zranień, strat, zawodów, przemilczeń.Czasem próbujemy je schować pod uśmiechem albo perfekcją.A przecież to właśnie pęknięcia uczą nas wrażliwości.Dzięki nim stajemy się bardziej prawdziwi.Bardziej miękcy dla siebie i innych ale też mocniejsi, choć już inaczej niż kiedyś.Kiedyś z zapartym tchem czytałam o kintsugi w książce Purezento a dziś wróciło do mnie w artykule „Kiedy spotkają się dwa żurawie…”.I zatrzymał mnie fragment inspirowany chińską mądrością:„Nie możesz powstrzymać smutnych ptaków przed przelotami nad twoją głową, ale możesz je powstrzymać przed uwiciem gniazda w…

0 Komentarzy