Mam pewnego sąsiada. Jak w tej piosence: znamy się tylko z widzenia…. Mówimy sobie zwyczajowe „dzień dobry”. Ale niedawno uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem, jak ma na imię.
Klasyczna sąsiedzka znajomość. A właściwie to bardziej nieznajomość. Wielkie miasto w pigułce. Wielkie miasto potrafi być mistrzem takich relacji. Blisko, a jednak obok. Często, a jednak wcale.
Spotykam go w różnych okolicznościach. W sklepie. Na chodniku. Czasem okazuje się, że w tym samym czasie wpadliśmy do tej samej restauracji.
I ostatnio odkryłam pewną prawidłowość a może nieprawidłowość.
Kiedy ma na sobie elegancki strój np. marynarkę to jakby włączał się tryb: uprzejmy, szarmancki spokojny, uważny w gestach i słowach.
A kiedy zakłada rozciągnięty dres i idzie do sklepu to jakby ktoś podmienił człowieka. Szura nogami. Mruczy pod nosem niecenzuralne słowa. Zdarzyło się nawet, że widziałam jak splunął na chodnik.
Przypomniały mi się powiedzenia:
„Krawat łagodzi obyczaje” lub w innej wersji „klient w krawacie jest mniej awanturujący”
„Nie szata zdobi człowieka.”
I jeszcze jedno, złota myśl, którą kiedyś usłyszałam:
„Buty zmieniają język ciała i podejście do życia.”
Coś jest prawdą w każdym z nich. Jak to w takich mądrościach – niosą kilka warstw jednocześnie.
Zaczęłam się zastanawiać …..
Czy naprawdę aż tak bardzo zmieniamy się w zależności od tego, co mamy na sobie?
Czy może to nie ubranie, a miejsce, w którym jesteśmy, wyciąga z nas określoną wersję siebie? Czy kiedy zakładamy konkretne buty, nie zakładamy razem z nimi postawy wobec świata?
Restauracja – scena.
Sklep osiedlowy – kulisy.
A może każdy z nas ma kilka wersji siebie? I tylko czeka na odpowiedni kostium.
Co o tym myślisz? Masz podobne obserwacje?
Podoba Ci się moja twórczość?
ZOSTAŃ PATRONEM
Czytam Twój tekst już któryś raz i czuję, że muszę Ci napisać coś więcej niż tylko „piękne”.
Zatrzymało mnie zdjęcie tych bajkowych butów. Ponad tydzień temu widziałam je w Indiach i wtedy przemknęła mi myśl: „gdyby był tu tata, na pewno sprawiłby sobie takie buty i garnitur z turbanem”. Trochę dla żartu, trochę z miłości do garniturów, które zawsze były jego znakiem rozpoznawczym. Nawet sprzątał w swoich, już trochę zużytych, eleganckich butach. Jakby bycie „w formie” było częścią niego, niezależnie od okoliczności.
Twój tekst o sąsiedzie i o kostiumach bardzo we mnie pracuje. Bo ja właśnie kończę w sobie temat taty – drogę od niezgody i trudnych uczuć do przyjęcia i zobaczenia jego wielkiego serca. I zobaczyłam, że dla mnie buty to coś więcej niż element stroju. To sprawczość. To autonomia. To to, na czym stoję.
Dziś śniło mi się, że biegnę boso. Moje nogi podskakiwały lekko, delikatnie, z radością. Byłam zwiewna i spokojna. Przechodziłam obok kuzynów, ale nie zatrzymywałam się przy nich. Nawet zdziwiło mnie, że to oni. Jakbym po prostu była sobą, bez potrzeby odniesienia do kogokolwiek. W tej lekkości.
I pomyślałam, że może zawsze taka byłam. Tylko gdzieś po drodze założyłam kilka masek i cięższych butów. Które uporczywie ściągałam pewnego razu malując się do wyjścia.
Twój post stał się dla mnie mostem. Między Indiami, tatą, snem, moją lekkością w tym śnie i pytaniem o to, kim jesteśmy w różnych kostiumach.
Dziękuję Ci za to zatrzymanie.
Przepiękna ta Twoja opowieść i jak dużo w niej symboli. Dziękuję , że się tym podzieliłaś ♥
Mam jeszcze opowieść o sercu na śniegu, które też jest częścią mnie i może Ciebie 😘
Tej historii o sercu na śniegu też jestem ciekawa 😘