Pierwszy coaching

Uwielbiam weekendowe rozmowy przy śniadaniu. Bez pośpiechu. Z kubkiem kawy i przestrzenią na wspomnienia. Ostatnio, właśnie przy takiej porannej pogawędce, wróciła do mnie historia z dzieciństwa. Z dawnych lat, gdy jeszcze nie chodziłam do szkoły i często bywałam u Babci Gieni. Babcia miała kurki i koguta. A wśród nich był też mały liliputek. Mały ale z wielkim charakterem. Był zadziorny i odważny. Wiecie... taki postrach dzieci. Często próbował mnie dziobać. A gdy nie mógł dosięgnąć z ziemi, wdrapywał się na drabinę i skakał mi na głowę. Uciekałam wtedy do Babci z krzykiem, a czasem ze łzami. A ona patrzyła na mnie z troską i pytała spokojnie: „I co z tym zrobić? No co?” To pytanie powtarzało się kilka razy. Aż któregoś dnia odpowiedziałam sama: „Wiem. Wezmę bacik i go pogonię.” I tak zrobiłam. Od tamtej pory mogłam chodzić po podwórku…

0 Komentarzy

Rower i tęcza

Plan był inny. Wyjazd miał być dziś, ale przesunął się o jeden dzień. I nagle powstała przestrzeń. Taka nieplanowana, a jednak jak się okazało potrzebna. Niedawno w moim rowerze uszkodziła się dętka ale nie miałam czasu jej naprawić. Trochę jakby droga stanęła. Nie mogłam jeździć do pracy rowerem ani w inne miejsca gdzie zwykle jadę rowerem. Była w tym bezsilność i złość, ale też okazja, by odłożyć pośpiech oraz poszukać innych środków transportu. A dziś z racji przełożonego wyjazdu to miałam czas, żeby zaprowadzić rower do serwisu. Dałam mu nowe tchnienie, nową dętkę, nowe koło do obrotu. Kiedy wracałam rowerem z serwisu to znów poczułam wiatr we włosach. Smakowało to jak wolność. Jak oddech po burzy. Jak tęcza, która nagle gdy dojechałam do domu to pojawiła się u nas na ścianie. Niektóre nieoczekiwane zmiany są dobre. Tworzą miejsce na rzeczy,…

0 Komentarzy

Bieszczady

Od rana nucę w głowie piosenkę Maryli: „wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, ściskając w ręku kamyk zielony patrzeć, jak wszystko zostaje w tyle”. Nie wiem, dlaczego właśnie dziś ta melodia przyszła do mnie o poranku. Ale za nią pojawiło się zdanie, które tyle razy już słyszałam: „a może rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?” Zwykle brzmi to jak ucieczka. Jak radykalna decyzja. Jak 0-1. Jak czarne albo białe. Nie przepadam za podejściem wszystko albo nic i raczej myślę : jest tyle możliwości... Czy to powiedzenie "może rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?" mówi o tym, że trzeba wyjechać na zawsze? Dziś myślę, że może nie chodzi o "zawsze" i może nie chodzi o "nigdy". Może chodzi o pozwolenie sobie na czas? Na oddech. Na złapanie dystansu. Na spojrzenie z góry…

0 Komentarzy