Popielata
Mój sobotni poranek pachniał truskawkami.Jak co tydzień byłam na bazarku. Lubię ten rytuał. Lubię luźne rozmowy z sąsiadami, koszyki pełne kolorów, dłonie sięgające po najdorodniejsze owoce. A najbardziej lubię ten moment w roku, gdy zaczyna się sezon na truskawki - najbardziej czerwony, najbardziej pachnący i najbardziej smakowity ze wszystkich sezonów.Potem przyjdzie czas czereśni. Też wyczekany.Ale na razie jesteśmy w truskawkowym raju.Siedziałam więc z miską truskawek i smakowałam czerwień. Taką soczystą, pewną siebie, taką, która nie przeprasza za swoją intensywność.Wtedy napisała do mnie koleżanka.Wymieniłyśmy kilka zdań o życiu. Takich zwyczajnych i niezwyczajnych zarazem.I napisała:- Ostatnio czuję się popielata. Tak właśnie napisała. Nie szara. Nie bura. Nie beżowa. Nie bezbarwna.Popielata.Zatrzymałam się przy tym słowie.- A popielaty u Ciebie to osobny kolor czy mieszanka bieli i czerni? – zapytałam.- Osobny – odpowiedziała.I został ze mną ten kolor taki zawieszony w powietrzu pomiędzy czerwoną…