Czy ja lubię kawę?

Czy ja lubię kawę? Kto mnie zna, ten wie, że tak. Czasem jednak zastanawiam się, co tak naprawdę lubię w tym piciu kawy. Smak? Zapach? A może ten mały rytuał? Najbardziej lubię ten moment, gdy gotuję kawę z przyprawami, potem przelewam ją do małego dzbanka i rozkoszuję się jej zapachem. Stawiam ją w salonie, nalewam do małej filiżanki I powoli piję gorącą. Cały pokój pachnie kawą i luksusem – takim, który nic nie kosztuje, a wszystko zmienia. Kiedyś często kończyłam z zimną kawą. Zostawioną gdzieś między jednym telefonem a drugim, między myślą i obowiązkiem, między „już idę” a „zaraz wracam”. A potem przyszła do mnie ta książka - „Zanim wystygnie kawa”. Czytałaś / czytałeś tę książkę? Polecam. Opowieść o tym, że czas można próbować cofnąć, ale sens zawsze wraca do jednego: najważniejsze rzeczy dzieją się tu i teraz. W tej…

0 Komentarzy

Komorebi

Moją uwagę przyciągnęło dziś piękne zdjęcie na Instagramie. Drzewa i światło. Olśniewające.Sprawdziłam co to i okazuje się, że to komorebi . To japońskie słowo oznacza promienie słońca przesączające się przez korony drzew. Słowo opisuje też zjawisko niosące ze sobą poczucie harmonii, spokoju, melancholii i pięknej, ulotnej chwili, którą wywołuje.Dosłownie słowo to składa się z 3 części:ko (drzewo)more (przesączanie się)bi (słońce). Zachwyca mnie zarówno zjawisko jak i to słowo. Nie wiem co bardziej.Sprawdziłam czy po polsku mamy też jakieś słowo opisujące to cudne zjawisko. Jest, a i owszem.Internet pokazuje, że polskie określenie tego zjawiska, uczucia, tej pięknej chwili to… Śreżoga. No kocham polski, naprawdę kocham, ale wybaczcie… Śreżoga? Witki opadają.Co to ma być??? Naprawdę nie możemy jakoś ładniej nazwać takiego delikatnego, świetlistego zjawiska?Przecież to brzmi jak zaklęcie z podręcznika do zielarstwa albo jakiejś czarnej magii, a nie jak miękkie światło tańczące między…

0 Komentarzy

Deser

W weekend poszliśmy ze znajomymi na steki. Fajne spotkanie, rozmowy, przyjemne miejsce, pyszne jedzenie.Po daniu głównym byliśmy gotowi na jakiś mały deser. I tu.... zaskoczenie bo... nie ma. Szok. Ale nie poddaliśmy się i ....wybraliśmy:Tatar na deser.Zamiast bezy, sernika, musu malinowego.Coś surowego, konkretnego, nieoczywistego.Coś, co łamie rytuał i każe smakować inaczej.Pomyślałam dziś, że w biznesie jest podobnie.Czasem największą siłą nie jest to, co bezpieczne, miękkie i „ładnie podane”.Ale to, co surowe. Prawdziwe. Nieoczekiwane.To, co sprawia, że ludzie zatrzymują się na chwilę i myślą:„Okej… tego się nie spodziewałem.”Bo innowacja często nie jest różowym lukrem.Częściej bywa jak tatar na deser ... prosta, mocna, odważna.Bywa decyzją, która wykracza poza schemat.Rozmową, której nikt nie miał odwagi zacząć.Produktem, który nie powstał, by się podobać, ale by rozwiązać realny problem.Zespołem, który nie szuka komfortu, lecz sensu.I może właśnie o to chodzi:By od czasu do czasu zamówić…

0 Komentarzy