Wędrujące kamienie

Słyszałaś kiedyś o wędrujących kamieniach? Może myślisz, że to mit albo jakaś miejska legenda… Znalazłam dziś w Warszawie, koło metra Wilanowska, ten oto kamień z Iławy. Zabrałam go na przejażdżkę metrem do centrum w okolice Pałacu Kultury i Nauki. I tak sobie myślę, że ja – wychowana na bajkach o wędrowcach: o Koziołku Matołku, co ruszył do Pacanowa, o Pyzie Wędrowniczce, co poznawała świat, o Stasiu i Nel, którzy byli W pustyni i w puszczy, o baśniach tysiąca i jednej nocy - że to właśnie ja znalazłam taki symboliczny kamień z rysunkiem i podpisem PKiN. To jak list od Wszechświata. Przypadek? Nie sądzę. Bo ja też kiedyś przywędrowałam do Warszawy. Wszystko jest po coś ale nie zawsze od razu wiadomo po co. Kamień ruszył dalej w drogę. Niech znajdzie kolejnego wędrowca. A ja z ciekawością ruszam w swoją drogę.

0 Komentarzy

Dziwne życie

Są takie momenty, kiedy los postanawia sprawdzić, czy mamy w sobie więcej wdzięku baletnicy czy akrobacji kogoś kto niespodziewanie wpadł w krzaki. Kiedyś na Warmii w pięknych okolicznościach przyrody robiłysmy sesje zdjęciową. Piękna scena. Ja w sukience, wiatr we włosach, artystyczny klimat pełną parą. Cofam się o dwa kroki... i nagle… łup. Ja kontra grawitacja. Pantofelki poszybowały w górę, ja poszybowalam w dół a z boku pewnie wyglądało to jak jakis performance. Rok temu w Warszawie... rower, codzienna droga do domu. Czerwone światło na skrzyżowaniu, więc grzecznie się zatrzymuję i nagle... bach! Jakaś dziwna siła ściągnęła mnie w bok. Rower w lewo, ja w prawo i znowu numer akrobatyczny. Tym razem na plecy, prosto w klomb pełen jeżówek i wysokich traw. Niebo nade mną, chmurki płyną, a ja chichoczę jak dziecko, bo nagle ta scena wydała mi się komiczna. Jeszcze…

0 Komentarzy

Pierwszy coaching

Uwielbiam weekendowe rozmowy przy śniadaniu. Bez pośpiechu. Z kubkiem kawy i przestrzenią na wspomnienia. Ostatnio, właśnie przy takiej porannej pogawędce, wróciła do mnie historia z dzieciństwa. Z dawnych lat, gdy jeszcze nie chodziłam do szkoły i często bywałam u Babci Gieni. Babcia miała kurki i koguta. A wśród nich był też mały liliputek. Mały ale z wielkim charakterem. Był zadziorny i odważny. Wiecie... taki postrach dzieci. Często próbował mnie dziobać. A gdy nie mógł dosięgnąć z ziemi, wdrapywał się na drabinę i skakał mi na głowę. Uciekałam wtedy do Babci z krzykiem, a czasem ze łzami. A ona patrzyła na mnie z troską i pytała spokojnie: „I co z tym zrobić? No co?” To pytanie powtarzało się kilka razy. Aż któregoś dnia odpowiedziałam sama: „Wiem. Wezmę bacik i go pogonię.” I tak zrobiłam. Od tamtej pory mogłam chodzić po podwórku…

0 Komentarzy

Rower i tęcza

Plan był inny. Wyjazd miał być dziś, ale przesunął się o jeden dzień. I nagle powstała przestrzeń. Taka nieplanowana, a jednak jak się okazało potrzebna. Niedawno w moim rowerze uszkodziła się dętka ale nie miałam czasu jej naprawić. Trochę jakby droga stanęła. Nie mogłam jeździć do pracy rowerem ani w inne miejsca gdzie zwykle jadę rowerem. Była w tym bezsilność i złość, ale też okazja, by odłożyć pośpiech oraz poszukać innych środków transportu. A dziś z racji przełożonego wyjazdu to miałam czas, żeby zaprowadzić rower do serwisu. Dałam mu nowe tchnienie, nową dętkę, nowe koło do obrotu. Kiedy wracałam rowerem z serwisu to znów poczułam wiatr we włosach. Smakowało to jak wolność. Jak oddech po burzy. Jak tęcza, która nagle gdy dojechałam do domu to pojawiła się u nas na ścianie. Niektóre nieoczekiwane zmiany są dobre. Tworzą miejsce na rzeczy,…

0 Komentarzy