Bieszczady
Od rana nucę w głowie piosenkę Maryli: „wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, ściskając w ręku kamyk zielony patrzeć, jak wszystko zostaje w tyle”. Nie wiem, dlaczego właśnie dziś ta melodia przyszła do mnie o poranku. Ale za nią pojawiło się zdanie, które tyle razy już słyszałam: „a może rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?” Zwykle brzmi to jak ucieczka. Jak radykalna decyzja. Jak 0-1. Jak czarne albo białe. Nie przepadam za podejściem wszystko albo nic i raczej myślę : jest tyle możliwości... Czy to powiedzenie "może rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?" mówi o tym, że trzeba wyjechać na zawsze? Dziś myślę, że może nie chodzi o "zawsze" i może nie chodzi o "nigdy". Może chodzi o pozwolenie sobie na czas? Na oddech. Na złapanie dystansu. Na spojrzenie z góry…