Czas

Dziś rano alarm w telefonie przypomniał mi, że za pół godziny mam lekcję angielskiego. Środa przyszła zbyt szybko i przez chwilę byłam przekonana, że to jakaś pomyłka. Jak to środa? Przecież dopiero był początek tygodnia.Widocznie kartki w kalendarzu pogubiły się po drodze.Później, w rozmowie z przyjaciółką, odkryłyśmy, że przełom miesiąca również wydarzył się jakby mimochodem i z kwietnia zrobił się lipiec. Ktoś jakby przewrócił kilka stron naraz.I wtedy wróciło do mnie wspomnienie.Stary kirkut. Drzewa. Macewy. Stałam oparta o pień drzewa. Zamknęłam oczy i słuchałam ptaków. Ich śpiew brzmiał wtedy jak opowieść. Jakby powtarzały jedno zdanie:Żyli. Kochali. Byli.Od tamtej chwili często wracam do pytania, czym właściwie jest czas.Może czas nie biegnie po prostej, tylko płynie, przelewa się i wygina jak zegary Salvadora Dali. A może istnieje tylko w naszych kalendarzach, podczas gdy wszystko, co naprawdę ważne, trwa poza nim?Może ci, którzy…

0 Komentarzy

Pączek

Jak niemal w każdą niedzielę rano poszłam z przyjaciółką do lasu.Beata przyniosła dla nas po pączku. Ale nie takim zwykłym, kupionym przy okazji w markecie. To był pączek wyjątkowy zarówno w smaku, jak i w uważności, która za tym stała. Dzień wcześniej pojechała na bazarek do pani, która od lat robi pączki domowym sposobem. Z drożdżowego ciasta, z prawdziwymi śliwkowymi powidłami, bez pośpiechu i bez skrótów.Usiadłyśmy nad wodą. Wokół las. Śpiew ptaków.My i dwa pączki ze śliwkowym nadzieniem.I nagle poczułam wdzięczność za całą drogę, którą ten pączek musiał przejść, żeby znaleźć się w moich dłoniach.Za kobietę, która go upiekła. Za zboże dojrzewające w słońcu. Za rolnika, który je zasiał.Za dłonie, które zamieniły ziarno w mąkę.Za kury i jajka, które trafiły do ciasta.Za śliwy uginające się pod owocami.I za przyjaciółkę, która zadbała o to, byśmy mogły przeżyć tę piękną chwilę.Zjadłyśmy powoli,…

1 Komentarz

Głos

Kilka wątków połączyło mi się dziś w jedną opowieść.Gdy nasza córka była mała, mówiła: kot miauczy, a pies hauczy.Ot, dziecięca logika, która nie potrzebuje słowników ani definicji. Dziś siedziałam w kręgu kobiet i rozmawiałyśmy o głosie. O odwadze mówienia. O słowach, które czasem więzną w gardle i o tych, które chcą wybrzmieć, choć czasem drży przy nich całe ciało.Mówiła ta, która trzymała muszlę. Gdy skończyła mówić, przekazywała muszlę kolejnej kobiecie. Taką prawdziwą, morską muszlę do której przykłada się ucho, żeby usłyszeć szum fal.Słuchałyśmy się uważnie.A kiedy zamykałam oczy, słowa zamieniały się w obrazy.Widziałam kobietę o złotych włosach stojącą pośród falującego zboża. Słyszałam jej głos niosący się daleko ponad polami. Widziałam kobietę o słowiańskiej urodzie przechodzącą przez górski strumień.A potem Greczynkę stojącą w gaju oliwnym.Słyszałam biały śpiew wielu kobiet rozbrzmiewający w Noc Kupały.I pomyślałam, że od tysięcy lat kobiety to robią:siadają…

0 Komentarzy

Filmy

Uwielbiam moje coffee mornings czyli poranne lekcje angielskiego z Marią i Izą. Wczoraj poleciałyśmy w rozmowie daleko. Rozmawiałyśmy o długich lotach, zmianach stref czasowych i o tym, jak jet lag potrafi pomieszać dzień z nocą. Przy okazji odkryłam, że mam własną miarę długości lotu. I nie są to ani kilometry ani godziny. Są to filmy. Krótkie loty zwykle nie mają nawet telewizorków a jeśli jest ekran to czasu wystarczy na jeden film. Średnie loty to dwa obejrzane filmy. Długie loty to trzy filmy. A mój najdłuższy lot? To był lot z przesiadką. Dwa filmy, potem trzy filmy. i jeszcze drzemka gdzieś pomiędzy. Lubię takie odkrycia. Każdy z nas mierzy świat po swojemu. W kilometrach, w godzinach, podróżach, w historiach obejrzanych wysoko ponad chmurami, w ciekawych spotkaniach lub w uśmiechach.

0 Komentarzy